
W tym roku mieliśmy lato tak suche i gorące, że nawet najstarsi Brytyjczycy nie pamiętają, żeby kiedykolwiek doświadczyli czegoś podobnego. Przez wiele tygodni nie spadła ani kropla deszczu. Trawa wszędzie całkowicie pożółkła i stała się kłująca, dosłownie jak słoma.
Drzewa owocowe na naszej działce nie urodziły wielu owoców, a te, które się pojawiły, są znacznie mniejsze niż zeszłorocznego sezonu.
Wszyscy mówili o tym, jak bardzo potrzebujemy deszczu. Ludzie stawali się coraz bardziej niespokojni, wyczerpani, a nawet rozzłoszczeni.
Tylko przyroda nie.
Drzewa, trawa, rośliny, kwiaty — wszystko po prostu czekało.
Cierpliwie.
Rzeki się nie rozgniewały i nie zaczęły się zatruwać, widząc jak poziom ich wód dramatycznnie się obniża.
Drzewa nie zaczęły się przewracać, bo miały dość upału.
Rośliny nie wyrywały korzeni z ziemi, aby uciec.
Przyroda czekała.
A kiedy w końcu przyszedł deszcz, przyjęła go w pełni.
Wystarczyły zaledwie dwa dni, żeby trawa się zazieleniła.
To wydawało się cudem.
Tak niezwykła jest przyroda.
Nie mówi: „Nie jestem wystarczająca.”
Lub: „To za dużo.”
Lub: „Może później.”
Kiedy przychodzi czas na doświadczanie, przyjmuje w pełni, z otwartym sercem.
Ta refleksja wprowadziła mnie w stan głębokiej kontemplacji.
Dlaczego by nie pójść za przykładem natury?
Bądź.
Czekaj.
Nie kwestionuj wszystkiego.
A kiedy nadejdzie odpowiedni moment…
Przyjmij w pełni.
Co zmieniłoby się w Twoim życiu, gdybyś zamiast opierać się temu, co przychodzi i nieustannie to kwestionować, pozwoliła sobie po prostu przyjąć to w pełni, nawet jeśli to, co przychodzi, jest niekomfortowe?
Bo wiem, że pod niewygodnymi odczuciami kryje się piękno, które czeka na odkrycie. A bramą do niego jest właśnie sam dyskomfort — pozostanie z nim i pozwolenie sobie dogłebnie go poczuć, nawet jeśli zajmie to dni, tygodnie czy miesiące.